Bezwietrzny niedzielny poranek nasycony wilgocią, błyszczący kryształkami rosy, nieruchomy i cichy. Oddycham promieniami  słońca, które zatrzymuję w dłoniach, by obmyć nimi twarz To moja poranna toaleta. 


Niedzielny poranek, jedyny, bo teraz, to właśnie ta chwila. Wszystko stanęło i czeka, bym zdążyła zaczerpnąć spokoju i ciszy, ugasić pragnienie, bym nie musiała już  łaknąć.


Z dala słychać dźwięk dzwonów - kropel srebrzystych uderzeń, miarowych, brzmiących jak obietnica. Przyroda ugina się pod ciężarem wody. Leniwe promienie słońca z trudem podnoszą kołdrę wilgoci. Nawet wiatr nie ma siły i stał się zaledwie nieśmiałym powiewem.


Małe jeziorko - niebieskie oczko, kawałek nieba w moim ogrodzie. Tak blisko. Budzi się delikatnym szumem wodospadzika, radośnie wypływającego spod mokrych, lśniących o poranku kamieni.

Staje się ciągły, nieustanny, zaczarowując chwilę, która , choć ulotna, przenika, budzi, zostaje. Trwa ponad czasem i nie odlatuje. Jak nadzieja!


Taka sobie chwila i aż chwila, mała kropka, a wiele kropek...Strumień, promień, moje życie...


Deszcz spoił róże i begonie. Trudno im się podnieść. Idę z pomocą. Moje stopy zanurzają się w mokrym dywanie trawy. Ciap, ciap...Budzę te piękne barwne kwiaty, delikatnie potrząsając ich ociężałymi głowami, by mogły pozdrowić słońce. Niektóre  kropelki - koraliki zostają na płatkach - falbankach, połyskując sobie  figlarnie.


Wchłaniam chwilę, strumień chwil, zastygam, wszystkimi zmysłami smakuję cały niedzielny poranek, pozwalam mu się przenikać! To, co teraz, kiedyś stanie się zawsze!










Brak komentarzy: